Władysław Orkan
Władysław Orkan
OFIARA
Fragment w 3 aktach z r. 46.
OSOBY
Jan, właściciel wsi.
Marya, jego żona.
Piotr, sąsiad bliższy.
Paweł, sąsiad dalszy.
Magdusia, służąca.
Jerzy, Władysław, Stefan, Kazimierz, Leon — studenci
Jędrzej, Walek, Rokita, Jastrząb, Kukulec, Łozina — chłopi
Matus, syn Jastrzębia.
Urlopnik.
Józef, furman.
Kubuś, lokajczyk.
Posłaniec.
Dziad.
Gość I.
Gość II.
Gość III.
Gość IV.
Goście — Parobcy — Gospodarze — Tłum.
Rzecz dzieje się we dworze Jana, w trzech po sobie następujących dniach. Stroje z okolic Tarnowa.
MELODYA Z DRUGIEGO AKTU
''OFIARY''.
[w oryginale: oprócz słów podany jest zapis nutowy melodii]
Andante.
Le — cą la — ta — mi jak — by skrzy — dła — mi
Ży — cia me — go mo — men — ta
Ża — glem bę — dąc pod — ję — ta.
AKT I.
Scena I.
Pokój obszerny — półsalon, półjadalnia. Na środku długi stół i stołki drewniane, wysokie (niemieckie zydle). Na ścianach sztychy i podobizny: Staszyca, Kościuszki, Lelewela. Także na ścianach duży zegar. Na wprost — drzwi i dwa okna, po za niemi weranda oszklona. Przez szyby widać drzewa obielone śniegiem. Na lewo dwoje drzwi, z tych jedne, dalsze, prowadzą do kuchni. Na prawo również dwoje drzwi; z dalszych, wiodących do pokoju gościnnego, dolatuje rozgwar męzkich głosów. Jan, średniego wzrostu, w trzydziestu paru leciech, o twarzy Chrystusowej, krąży po pokoju zamyślony, omijając instynktownie stołki w nieładzie poustawiane. Podchodzi ku werandzie, przeciera dłonią szyby i patrzy na dwór — potem wraca, poczyna szybciej krążyć, z widocznem zniecierpliwieniem — przystaje — nasłuchuje — i znów dalej krąży. Mrok. W przyległym pokoju gwar zwolna się ucisza — za chwilę słychać stamtąd stłumiony mocno Chór unisono męzkich głosów.
''Zgasły dla nas nadziei promienie,
Noc dokoła otacza nas blada, —
Wstańmy jako upiorów gromada,
We krwi wrogów ugaśmy pragnienie!''
Jan podczas śpiewu zatrzymuje się, pięść opiera o stół i stoi, zapatrzony przed się, z pochyloną głową. Mrok coraz ciemniejszy, tylko śnieg przez szyby rzuca białość do pokoju. Cisza.
Scena II.
JAN, MARYA, poźniej LEON.
MARYA bez szelestu otwiera pierwsze drzwi na lewo, staje, podchodzi do Jana.
Janie!... mówi serdecznie, z rezygnacyą.
JAN przyciągając ją zlekka ku sobie.
Dziecko, tak musi być.
CHÓR za sceną.
''Cóż my winni, że kochać nie możem,
Gdy się wszystko tak podli i karli,
My dla ziemskich rozkoszy umarli,
Żyjmy zemstą i święćmy ją nożem!''
LEON otwiera nagle drzwi.
Czy już przyjech...? dojrzawszy ich w mroku dwoje razem, cofa się i zamyka drzwi zwolna za sobą.
JAN.
Niecierpliwią się, że ich nie widać. I mnie niespokojność trapi, czy co nie zaszło... Tak się to niespodzianie przybliżyło. O czem człowiek marzył dopiero — już się staje... Nie dziw, że się serce trwoży...
MARYA.
A nie możnaby oddalić do wiosny...
JAN.
Nie, dziecko. Już nie można. Wszystko przygotowane. Każdy dzień przedłużony może sprowadzić nieszczęście.
MARYA.
Boże! Boże!
JAN.
Paweł wyjeżdżał do Krakowa. Podobno już dzień oznaczono.
MARYA.
Nie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 Nastepna>>